Ciekawe miejsca i historie


W bajkach i legendach znaleźć można ziarnko prawdy. Tym razem to ziarnko może okazać się dużym głazem z wyrzeźbionym na nim diabłem... który zdaje się znajdować gdzieś nieopodal miejscowości Rosocha. Kto wie, może właśnie Ty go odnajdziesz, a nawet jeśli nie - to i tak czeka Cię niezła przygoda wśród krutyńskiej przyrody.

 

DIABELSKI KAMIEŃ

 W podleśnej wsi mazurskiej, Rosochach, mieszkał w bardzo dalekiej przeszłości pewien gospodarz. Ludzie nazywali go sztukmistrzem lub wszystkowiedzącym. Na wszystkim bowiem się znał: i na rolnictwie, i na hodowli, i na wszelkim rzemiośle, ba, nawet na sztuce się znał. Posiadał niedużą gospodarkę, zaledwie kilka hektarów mazurskiego piasku. Ale mimo umiejętnego gospodarowania nie szło mu tak, jak by sobie tego życzył. Zagroda znajdowała się bowiem we wsi, a pole daleko pod lasem, przegrodzone w dodatku krętą rzeką, którą trzeba było objeżdżać. Pewnego dnia, a było to w czasie żniw, gospodarz rozgniewał się na dobre: 

— Żono! Tak dalej być nie może. Dosyć tej mordęgi! Przeniesiemy się na pole, pod las. Tam nam będzie łatwiej gospodarować.
— Jak ty to sobie wyobrażasz? — zaniepokoiła się żona.
— Zupełnie prosto. Trzeba nam się będzie na nowo pobudować na własnym polu, niby na ostrowiu, a we wsi komuś tę starą zagrodę odprzedać. Damy sobie radę, pobuduję sam, a starsi synowie mi pomogą. Kamieni mamy w bród na własnym polu, glinę dostaniemy od sąsiada, a tylko drzewa trzeba będzie kupić...
— Rób, jak uważasz, mężu, wiem, że dobrze zrobisz — odpowiedziała żona i nie tracąc czasu wybrali się razem na pole. Weszli na pogórek.
— Tu chyba najlepiej, bo sucho i z domu będzie można całe pole widzieć — stwierdził gospodarz.
Wkrótce zabrali się ojciec z dwoma synami do roboty. Nawieźli kamieni z pola do budowy chaty. Prawdziwej chaty mazurskiej, składającej się z dużej izby, izdebki, kuchni i sieni. Fundament postawili z kamieni i gliny, ściany z ociosanych belek, szczyty z desek, a dach słomiany. Wnętrze chaty wybielili, a na zewnątrz okrasili. Potem dostawili jeszcze niedużą przybudówkę, składającą się z małej stajenki dla jednego konia, obórki dla dwóch krów, kojca dla świń i drobiu, wreszcie — stodółkę na zboże.
Zagroda była gotowa. Rodzina dobrze czuła się na nowym gospodarstwie. Ale mimo zaradności i pracowitości nie było lżej niż dawniej, a jeszcze i długi gospodarz pozaciągał na tę budowę.
— Musimy się jeszcze żywiej wziąć do pracy, aby wychrapać się z tych długów, żeby nas na supastę nie wydali — stwierdził.
Roboty mieli huk. Uprawiali żyto, owies, jarkę, grykę, ziemniaki i brukiew, zbierali siano dla bydła i konia, dopatrywali inwentarza; młócili zboże, czyścili i starali się o mąkę na chleb. Młodsze dzieci pasły bydło, zbierały owoc leśny, znosiły chrust i suche drewka, by nie zabrakło opału. A w pobliskich jeziorach i strugach można było łowić ryby. Matka zajmowała się domem — i nikt głodu nie czuł. I tak cała rodzina nie skomlała, lecz uczciwie pracowała.
Nastały jednak złe czasy, kiedy król pruski zakazał chłopom mazurskim wypasać lasy i łąki oraz łowić ryby w jeziorach. Trzeba było za wszystko płacić: za pasienie krów w lesie, za siano, za chrust, za owoc leśny, za łowienie ryb. Chłopi frasowali się srodze, jak tu wykarmić rodzinę i inwentarz.
Głód zakradał się do mazurskich chat, nie omijał też i nowej zagrody gospodarza, choć pracowity był, zaradny, pomysłowy jak żaden inny i robota paliła mu się w rękach. Martwił się, sposępniał, wciąż dumał coś w milczeniu.
— Dokąd idziesz, mężu? — zaniepokoiła się któregoś dnia kobjeta widząc, że zrezygnowany i przygarbiony niedolą wychodzi na próg.
— Ja? Nigdzie... tak oto bezmyślnie lazłem — odmruknął.
— Mężu, co ty zamierzasz? Co ze mną będzie, co z naszymi dziećmi? — zapłakała żona.
Gospodarzowi zrobiło się markotno.
„Życia nie należy sobie odbierać, bo go się sobie nie dało —-dumał — lecz co tu robić? Nie ma żadnego wyjścia: albo wziąć postronek, pójść do lasu czy do stodoły, albo zostawić zagrodę dłużnikom i pójść z torbą".
Ale coś mu się widać nagle przypomniało, bo aż wykrzyknął na cały głos:
— Pójść do niego, czy nie pójść?
— Dokąd pójść? — zaniepokoiła się znowu żona. — Czyś ty rozum stracił.
Ale chłop tylko ręką machnął. Powzięta raz myśl nie dawała mu już spokoju. Dręczyła go i dręczyła, aż ułożył sobie plan. Nikomu go jednak nie zdradzał.
Pewnej ciemnej nocy, kiedy wszyscy smacznie chrapali, wyszedł po cichu z domu i pomaszerował w stronę puszczy. Idąc lasem, drżał niby liść cisowy ze strachu. O północy dotarł do krzyżówek. Stanął. Ciemno dokoła. Rozgląda się to w przód, to w bok, to w tył — i nie ma odwagi. Wreszcie krzyknął głośno, aż echo zagrało:
— Hej, ty... dobry szatanie! Zjaw się i pomóż mi, niech się wola nieba stanie!
Nagle... zabłysło, zagrzmiało, kiejby grom w choinę uderzył. Potem coś zaszeleściło, zaszumiało, zadudniło, chłop usłyszał ni to ryk, ni to śmiech, w końcu grubym głosem ktoś przemówił:
— Wołałeś mnie, więc z płomieni piekielnych zjawiam się. Gospodarz ujrzał w świetlistej łunie stojącego diabła. Zadrżał ze strachu. Diabeł miał jedną końską, a drugą ludzką nogę, prawą rękę miał ludzką, a lewą wilczą, spodnie obcisłe, czerwone, sukmanę zieloną, na głowie szary kapelusz, spod którego wystawały dwa koźle rogi, uszy osła, ślepia jak latarnie.
— Czego żądasz, mów śmiało! — powiedział diabeł.
— Ach, ty dobry diable, zmiłuj się nad moim losem, bo inaczej zginę ja i cała moja rodzina — poprosił uprzejmie chłop.
— Cha... cha... cha... widzę, że i tobie dojedli, co? — śmiał się diabeł.
— Nie tylko dojedli, ale w ogóle chleb nam zabrali nasi gnębi zapytał gospodarz
ciele. Nie wpuszczają do lasu, nie dopuszczają nas do jezior, a bez tego żyć nie sposób. Pomóż, dobry panie diable! — błagał chłop.
— No, mogę pomóc, panie bracie, ale za moją pomoc — twoją duszę...
— Czy... zaraz? — wystraszył się chłop.
— Nie zaraz, ale po wypłacie, bracie.
— A ile chcesz za nią dać, panie diable? nieco śmielej.
— Mały skopek złota ci dam, ten do którego twoja białka krowy doi. Starczy chyba na spłatę wszystkich długów i na dobrą poprawkę.
— Starczy, na pewno starczy — potwierdził chłop.
Zabrali się więc do spisania umowy. Diabeł wyjął z zanadrza kawał wilczej skóry, rozłożył na ziemi, wyjął z kieszeni rylec i pisze: „Ja, diabeł, zobowiązuję się dać temu chłopu skopek złota za jego duszę. Złoto złożone będzie w piątek, za tydzień, o północy, w skopku postawionym w kącie podwórka..."
— Przepraszam pana diabła, aleja wnoszę małą poprawkę — przerwał mu chłop, któremu już zaświtał pewien pomysł.
Obruszył się diabeł na taką zuchwałość i zdziwił.
— A tak — ciągnie chłop. Bo jeżeli ty, diable, nie napełnisz całego skopka, to mojej duszy nie dostaniesz.
— Zgoda, będziesz miał pełen skopek! — lekceważąco machnął diabeł wilczą łapą.
Gospodarz, zadowolony, umowę własną krwią z pierścionkowego palca podpisał. Diabeł schował ją pod pazuchę i z wielkim łoskotem znikł gdzieś z przestworzach. A chłop wrócił do domu, zaraz się położył, chrapnął zdrowo i spał do rana, aż go białka obudzić musiała. Po śniadaniu wszystkich porozsyłał do roboty, a sam pozostał w domu. Wyciągnął ze strychu deski, zbił z nich ogromną skrzynię, wykopał w kącie podwórza głęboki dół, tam umieścił skrzynię i ziemią przykrył, tylko u góry zostawił mały otwór.
Kiedy nadszedł umówiony piątkowy wieczór, cała rodzina położyła się spać. Ale gospodarz czuwał. Przed północą wyszedł cicho z izby na podwórze, wziął skopek, wyjął z niego denko, postawił na ukrytą w ziemi skrzynię i czeka.
Nagle słychać: szu... bzzt... bach... fuu... — stoi diabeł z pełnym kapeluszem złota i syczy z radości:
— Jestem według piekielnej umowy z uprzejmym honorem! Wsypał do skopka złoto, patrzą jeden z drugim, ale gdzie tam, skopek pusty. Śmignął diabeł powtórnie do piekła i zaraz wraca. Wsypał drugi kapelusz.
— Co? Jeszcze mało? — zdziwił się.
— Ano mało, przecież to skopek, nie kapelusz — odpowiedział gospodarz.
Pofrunął znowu i po raz trzeci wsypał złoto z kapelusza. Jeszcze za mało.
— Co, do psa starego, jeszcze nie wystarczy? — zdumiał sie diabeł.
— Ano nie wystarczy, bo to skopek, nie kapelusz — powtarza swoje chłop.
Diabeł jak opętany wracał do piekła po złoto, sypał, znów odlatywał w przestworza, uwijał się, klął... A gospodarz się radował i milczał, wreszcie umęczony diabeł zjawił się z pełnym kapeluszem chyba już po raz dziesiąty, aż tu znienacka: „Kukuryku!" — zapiał kur.
Diabeł, aż przykucnął, skurczył się, spokorniał.
— No, trudno, pora na mnie, przegrałem — zaskomlał żałośnie.
— To przecie skopek, a nie kapelusz, panie diable — wyjaśnił mu grzecznie gospodarz.
— Nie jest żaden skopek, to jakiś bezdenny skop! --zawył rozpaczliwie diabeł.
I czmychnął w przestworza, aż puszcza jęknęła. Chłop chyżo zdjął pusty skopek ze skrzyni, pobiegł do domu, obudził białkę i wywołał ją na podwórko:
— Chodź no, chodź, pokażę ci coś! I podeszli do skrzyni.
— Złap prawą ręką za jedno ucho, a ja lewą za drugie. Trzeba to przenieść do izby.
Chwycili i z ledwością podnieśli. W drodze zapytuje białka męża:
— Co to takiego ciężkiego?
Ale chłop nic nie mówi, tylko szybko wciąga skrzynię do izby. Aż pojaśniało od blasku złota. Przerzucili złoto do najlepszej szafy, zamknęli, klucze schowała białka na piersiach, a gospodarz odniósł pustą skrzynię do drwalnika. Ale kiedy już się położyli, oboje długo nie mogli zasnąć. Leżeli i rozważali każdy po cichu, według swego zrozumienia i planu.
— Może teraz się u nas poprawi? — zaszlochała białka. Gospodarz pooddawał długi, zakupił inwentarz, rozdał trochę grosza synom, pożenił ich, no i rodzina żyła wreszcie dostatnio. Słońce zajrzało chłopu nareszcie do chaty.
Pewnego wieczoru, kiedy oboje starzy siedli na przypiecku począł sie gospodarz spowiadać żonie i opowiedział całą tę historię, jak to on, biedny chłop mazurski, mądrego diabła w pole wyprowadził.
Ona wysłuchała go z wielką uwagą, a potem głęboko westchnęła i rzekła: '
— Zaradny z ciebie łebek, oj mądry! Aleś jednak polazł do diabła.
— No cóż, udała się raz sztuka. Ale wiesz co, żono — wyznał chłop — chciałbym mu jakoś podziękować za te hojne dary.
— O czym ty znowu dumasz? — przeraziła się kobieta.
— Na naszym polu leży taki duży kamień, w sam raz nadaje się do tej sztuki, którą bym chciał wykonać.
— Cóż ty dumasz o tym kamieniu? — dopytuje się żona.
— Chcę diabłu postawić pomnik na naszym podwórzu i tyle. Spojrzała na męża w zdumieniu, a potem machnęła ręką:
— A rób ty z nim, co chcesz, jeno zważaj, żeby ci duszy nie wyrwał. — I przeszła do drugiej izby.
Nazajutrz gospodarz zaprzągł konia do szlufów, pojechał na pole, załadował kamień i przywiózł na podwórze. Strącił go do tego samego dołu, w którym kiedyś umieścił diabelską skrzynię, obkopał i umocnił. Potem ostrym dłutem i młotkiem zaczął dłubać w kamieniu. Po kilku dniach rzetelnego dłubania wyżłobił chłop bardzo udanego diabła, takiego samego, jakiego wtedy widział w łunie światła na krzyżówkach w lesie. Po skończonym dziele złapał się oburącz za boki i zaśmiał w głos, podziwiając swe dzieło.
A dzieci, spoglądając na ten niepospolity kamień, wciąż wypytywały:
— Mamo! Dlaczego tatuś akurat diabła na naszym podwórzu wymalował?
Matka jednak nie zdradziła nigdy tajemnicy.
Podobno ten sam kamień jeszcze dziś leży na tym samym miejscu, tylko nieco w ziemię zapadnięty, i nazywa się „Diabelskim Kamieniem".

autor: Karol Małłek

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem